Śniadanie u Tiffany’ego (Breakfast at Tiffany’s, 1961) reż. Blake Edwards

Nowojorska Biblioteka Publiczna wita bohaterów potężnym katalogiem i okazuje się że – wierzcie na słowo albo sami sprawdźcie – wspólne poszukiwania książki i wypełnianie rewersu to świetna metoda na podryw! Paul objaśnia Holly, jak korzystać z małych tajemniczych szufladek mieszczących małe tajemnicze karteczki, a ona - szczerze i z pełnym entuzjazmem - uznaje to za fascynujące. Bo biblioteka, do której możemy wpaść w czasie miejskiego spaceru, która ułatwia nam znalezienie jedynej wydanej książki naszego przyjaciela, która wreszcie oferuje spokojne miejsce do siedzenia i przeczytania poszukiwanych Dziewięciu żywotów, to jest biblioteka, do której aż chce się polecieć za ocean. Marzenia o wizycie w takiej bibliotece nie psuje nawet pojawiająca się w końcówce sekwencji postać bibliotekarki, która nie chce, a pewnie i nie może, poddać się fantazji Holly i przystać na złożenie przez pisarza autografu na bibliotecznym egzemplarzu jego dzieła.

W oczach Holly, gdzie standardy wyznacza obsługa rodem ze słynnej sieci jubilerskiej, taki brak zrozumienia jest godny potępienia, co Holly wyraża nieco zbyt głośnym jak na warunki czytelni, za to dobitnym komentarzem: To miejsce nie jest nawet w połowie tak miłe jak Tiffany’s. A może bohaterka zmieni zdanie, gdy - także w bibliotece – Paul wyzna jej miłość? 

 

Holly i Paul obsługiwani u Tiffany'ego

Paul wyznaje Holly miłość w czytelni

 

Inspiracji związanych z tym filmem szukaj też w artykule "Gwiazdy, ikony i Tiffany"


Odwiedź nas


Profil Pinterest



Partnerzy